Platforma Obywatelska przedstawiła program wyborczy – Szóstkę Schetyny. Na propozycjach podatkowych PO najwięcej zyskaliby najbogatsi. Dla osoby zarabiającej 3550 zł zysk z propozycji Schetyny wynosiłby 333 zł, podczas gdy osoba, której dochody wynoszą 5641 zł miesięcznie, zyskałaby 572 zł. Realizacja postulatów PO to dalsze pogłębianie nierówności dochodowych i kolejne przywileje dla najlepiej zarabiających.

Realizacja programu wyborczego PO pogłębiłaby i tak już patologiczny charakter systemu podatkowego w Polsce, w którym najbiedniejsi są mocniej obciążeni od najbogatszych.

W Polsce im więcej ktoś zarabia, tym relatywnie mniej płaci podatków. Jest tak ze względu na jedną z najniższych w Europie progresji PIT-u, liniowy CIT, możliwość przechodzenia na samozatrudnienie również z podatkiem liniowym oraz relatywnie duży udział VAT-u wśród wszystkich źródeł wpływów do budżetu. Niedawne badania zespołu Thomasa Piketty’ego pokazują, że Polska należy do krajów o najwyższych w Europie nierównościach dochodowych.

Kraje Unii Europejskiej różnią się tym, ile mają konsumpcji w dochodzie narodowym, ile dochodów z pracy, ile oszczędności. Dlatego patrzenie na całkowite wpływy nie pokaże nam skali opodatkowania. W Polsce akurat mamy duży udział konsumpcji w PKB, dlatego udział podatków VAT i akcyzy jest tak ważny dla naszego budżetu. Na podobnej zasadzie stosunkowo dużo wpływów jest z opodatkowania dochodów z kapitału, bo jako „kapitał” definiuje się rolników i fikcyjnie samozatrudnionych.

Źródło: Ministerstwo Finansów

Jeśli spojrzeć na konsumpcję, na pracę i na kapitał ogólnie, to nie różnimy się specjalnie od średniej w państwach UE. Konsumpcję opodatkowujemy VAT-em i akcyzą trochę poniżej średniej unijnej, to efektywnie 20 procent, natomiast pracę PIT-em i składkami na poziomie średnim, czyli 33 procent. Tu, co prawda, istotna jest różnica między „starą” a „nową” Unią – w krajach dawnej piętnastki narzut na pracę jest o 4 punkty procentowe wyższy. Z kolei podatki od kapitału stoją również przeciętnie na tle UE, a nawet nieco wyżej niż w regionie. Wyróżniamy się za to istotnie, jak wejrzymy głębiej w te kategorie, a przede wszystkim w opodatkowanie pracy.

Opodatkowanie pracy w prawie wszystkich krajach UE jest wyższe niż konsumpcji czy kapitału. To może się wydawać zaskakujące, bo każde podatki jakoś zniechęcają do aktywności, więc można zapytać, czemu bardziej zniechęcamy do pracy niż oszczędzania czy do konsumpcji.

Nasz system podatkowy odstaje od reszty krajów UE przede wszystkim przez to, w jaki sposób opodatkowujemy pracę. W niemal wszystkich państwach członkowskich ludzie zarabiający więcej płacą wyższy odsetek swego dochodu. W Polsce klin podatkowy jest praktycznie liniowy, czyli taki sam, niezależnie czy ktoś dostaje płacę minimalną czy cztery średnie krajowe. To główny powód, dla którego cały nasz system podatkowy staje się regresywny, a więc bardziej obciąża osoby o niskich dochodach niż osoby  zamożne. Podatek PIT jest drugim po VAT źródłem dochodów państwa, potem jest akcyza i dopiero na końcu CIT dla przedsiębiorców, w sumie trzy razy mniejszy od podatku od osób fizycznych. W Polsce praca ludzi o niskich zarobkach opodatkowana jest stosunkowo wysoko, ludzi zamożnych zaś stosunkowo nisko.

Źródło: Źródło: dane Eurostat w opracowaniu Bankier.pl

W Polsce tylko trochę ponad 2 procent podatników załapuje się na górną stawkę PIT. W mojej ocenie osób z realnymi dochodami na tym poziomie, tzn. około 85 tys. złotych rocznie w samej Warszawie jest więcej niż się wykazuje dla całego kraju. Kolejnym rządom brakuje jednak woli i umiejętności, by zabrać się za ich prawdziwą weryfikację. Ponadto, wprowadzenie przez rząd Leszka Millera tego 19-procentowego PIT to z perspektywy jakkolwiek pojmowanej sprawiedliwości społecznej zupełny horror. To decyzja bardziej drastyczna niż liniowy podatek w wysokości 22%, który proponował Balcerowicz, a który zawetował Aleksander Kwaśniewski.

W przypadku samozatrudnionych, składka nie jest w ogóle powiązana z dochodem, bo nawet jak ktoś wykaże zero dochodu, to musi odprowadzić składkę od podstawy 60 procent przeciętnego wynagrodzenia. Większość płaci więc składkę znacznie niższą niż pracownik, ale zdarzają się też i tacy, zwłaszcza na prowincji czy dopiero startujący, którzy w efekcie płacą więcej niż gdyby byli pracownikami. Oczywiście, jeśli ktoś płaci najmniejszą składkę, to będzie miał niską emeryturę. A jak mielibyśmy ją pobierać – w ramach jednolitej daniny – jeśli kto po prostu nie ma dochodu?

Mamy dziś system emerytalny oparty o indywidualne konta, więc jak się pobierze obecny podatek i składkę łącznie, to i tak trzeba je według jakiegoś klucza rozdzielić i część emerytalną zapisać na tym koncie. To jest już trzeci problem: czy ten klucz proporcji będzie jednolity dla wszystkich? A jeśli ktoś nie ma dochodu, to jaka będzie część składkowa? Niższa?

Składka i podatek nie różnią się tylko nazwą czy trybem ściągania. Choć jedno i drugie jest przymusowe, to podatek państwo może wykorzystać na co chce. Z kolei składka rodzi zobowiązanie państwa do wypłacenia świadczenia, a jej wysokość i czas wpłacania określa jego wysokość.

System podatkowy nie może być bardzo prosty, a już np. liniowość w ogóle go nie upraszcza, bo tylko tabliczki mnożenia się troszkę mniej stosuje… Sednem trudności przy podatku dochodowym jest wyliczenie kosztów uzyskania przychodu. Zatrudniony ma ryczałt, więc on tego nie robi, za emeryta robi to ZUS. Tylko teraz: jeżeli ktoś jest zatrudniony i przyjeżdża do pracy samochodem, to koszty utrzymania samochodu pokrywane są z dochodu po opodatkowaniu. Ale jeśli ten ktoś prowadzi biznes, to swój samochód finansuje praktycznie bez ograniczeń – z dochodów przed opodatkowaniem. Przy zarobkach między 100 a 200 tysięcy rocznie można płacić podatki niższe nawet o jedną trzecią, a cały klin z poziomu 37 procent obniża się do 24. Dodajmy, że osoby zatrudnione na umowie o pracę mają bardzo ograniczone, bo zapisane w ustawie, koszty uzyskania przychodu. Dziś to jest sto kilkanaście złotych miesięcznie, a prowadzący „własną działalność” mogą wrzucać w koszty samochód, już nawet bez „kratki”. Mogą odliczyć VAT za jego zakup, czyli zapłacą efektywnie 18,7 procent mniej, mogą odliczyć telefon, laptopa, ale kreatywność przedsiębiorców rozszerza się nawet na papier toaletowy i pomoce szkolne. Szacuję, że część fikcyjnie samozatrudnionych może płacić nawet dwukrotnie niższe podatki, niż gdyby byli zatrudnieni na umowę o pracę. A mówimy o prawie 166 tysiącach osób.

Rząd ciągle mówi o uszczelnieniu systemu podatkowego, ale nie w tym miejscu. W kodeksie pracy i Ustawie o podatku dochodowym mamy dość ścisłe kryteria określające, kiedy ktoś prowadzi działalność gospodarczą. Jeśli ktoś ich nie spełnia, to państwo posiada instrumenty, żeby identyfikować i opodatkować jego dochód tak jak pracę –  ale nie robi tego.

Jednocześnie w Polsce są ludzie, którzy pracują powyżej wymiaru jednego etatu, a i tak mają problem, by związać koniec z końcem – są najczęściej nisko kwalifikowani, więc pracodawcy wykorzystują ich słabą pozycję na rynku.

Obok kwoty wolnej i zapowiedzi „jednolitej daniny” pojawia się co jakiś czas w mediach jeszcze inna propozycja: zamiany CIT-u na podatek obrotowy, w wysokości 1,3-1,5 procenta przychodów przedsiębiorstw.

Podatek obrotowy jest wprawdzie dość łatwo ściągalny, dużo łatwiej niż VAT, ale poza tym ma niemal same wady. Jak wyliczyć jego wspólną dla wszystkich stawkę, skoro np. w handlu detalicznym dochód osiąga się przez duży obrót przy niskiej marży, a w wyspecjalizowanych usługach – odwrotnie, przez mały obrót, ale dużą marżę? Ta druga gałąź gospodarki byłaby oczywiście faworyzowana ekonomicznie. No i wreszcie najpoważniejszy problem: suma podatku obrotowego od wyrobu gotowego jest zależna od ilości faz przetwórstwa. VAT nalicza się tylko od wartości dodanej w każdej fazie, a podatek obrotowy – od całej wartości na danym etapie.

Opodatkowanie konsumpcji z natury jest regresywne, bo osoby o mniejszych dochodach wydają cały lub prawie cały swój dochód, a zamożni oszczędzają. Dla 10 procent osób najbiedniejszych efektywne opodatkowanie VAT wynosi powyżej 15 procent, a dla najbogatszego decyla spada poniżej 10 procent. Po prostu ci drudzy mają większą skłonność do oszczędzania – ze względu na wyższe dochody, to prawidłowość ekonomiczna, nie psychologiczna czy moralna.

Skoro podatki konsumpcyjne i składki ubezpieczeniowe są z natury regresywne, trzeba to równoważyć gdzie indziej, przez opodatkowanie majątków, progresywne podatki od pracy i uniemożliwienie zamożnym ucieczki na samozatrudnienie.

Pobór podatku dochodowego jest faktycznie kosztowny, i dla fiskusa, i dla drobnego biznesu. Jeśli więc koniecznie chcemy szukać rewolucyjnego pomysłu, to pomyślmy o takim źródle wpływów do budżetu, które trudno ukryć i z którym trudno jest uciec. Najlepiej te warunki spełnia podatek majątkowy, bo majątek to głównie grunty i nieruchomości. A w Polsce pole manewru jest ogromne, skoro dziś od majątku podatków się nie płaci. Za tysiącmetrową willę w mojej okolicy właściciel odprowadza do fiskusa tyle samo, ile kosztowałby go tysiącmetrowa rudera.

Bogaci dużo oszczędzają, a potem kupują nieruchomości albo inwestują na giełdzie. Jednocześnie w Polsce mamy bardzo niewielki udział innych podatków od kapitału, czyli np. od zysków giełdowych, od nieruchomości czy spadków. Ten najważniejszy, czyli podatek od nieruchomości, jest liczony od metrażu, a nie od wartości rynkowej. Trudno, żeby w tej sytuacji miał walor redystrybucyjny, skoro można dziś mieć np. kilka kawalerek w centrum Warszawy i płacić mniej niż płaci ubogi mieszkaniec domu jednorodzinnego na wsi.

KORPORACJE

Nominalna stawka podatku dla dużych korporacji, które mają osobowość prawną i płacą CIT, wynosi 19. Jednak w rzeczywistości te przedsiębiorstwa płacą ledwie 11 – tyle wynosi ich średnia „stawka efektywna”. To mniej niż średnia nie tylko w UE, ale nawet w państwach z nami sąsiadujących. Różnica między stawką efektywną i nominalną występuje wszędzie, ale u nas jest ona wyjątkowo duża.

Jest wiele zwolnień i ulg, a do tego firmy mogą rozliczać straty z lat ubiegłych. W jednym roku generują dużą stratę, która może być efektem procesów gospodarczych albo kreatywnej księgowości, a potem mogą ją rozłożyć na 5 lat i nie płacić przez ten czas podatku. Ośrodek badawczy GRAPE pokazał niedawno, że w Polsce mamy duży odsetek firm, które przez kilka lat z rzędu nie płacą CIT, a jednak istnieją i nie bankrutują. Można więc domniemywać, że ich sytuacja nie jest aż taka zła.

Są nawet konkretne badania, które pokazują, że im bardziej doświadczony księgowy w danej firmie, tym niższe jest jej opodatkowanie efektywne. Tak samo się dzieje, im częściej przedsiębiorstwo korzysta z usług dużych firm doradczych – to jasne, że mikrusów na to zwyczajnie nie stać, podobnie jak na bardzo fachowych speców od buchalterii.

Opracowano na podstawie:

https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/podatki-do-gruntownej-reformy-sutowski-sawulski/

https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/bugaj-podatki-nie-maja-byc-proste-tylko-sprawiedliwe/

https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/sprawiedliwe-podatki-kilka-prostych-trikow-liberalowie-i-pis-ich-nienawidza/

https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/trzeba-podniesc-podatki-rozmowa-z-markiem-belka/